KLUB AWL 


22 listopada 2018r oku w Klubie Garnizonowym "Kościuszkowiec" w Warszawie-Wesołej odbył się finał Niepodległościowego Konkursu Literackiego Wojska Polskiego "Ubi vitae, ibi poesis", zorganizowanego w ramach Manewrów Artystycznych Wojska Polskiego przez Departament Edukacji, Kultury i Dziedzictwa Ministerstwa Obrony Narodowej oraz Centralną Bibliotekę Wojskową.

Nadesłane w trakcie eliminacji prace literackie oceniło jury w składzie:

płk Grzegorz Kaliciak – przewodniczący,

Grażyna Jeromin-Gałuszka – pisarka, autorka powieści obyczajowych,

Sabina Kuśmicka - poetka.

Podczas uroczystej gali ogłoszono wyniki konkursu. Jedną z nagrodzonych została reprezentująca AWL szer. pchor. Urszula Gast, która w kategorii proza zajęła drugie miejsce. Fragmenty najlepszych prac odczytane zostały przez aktorkę Grażynę Wolszczak. Galę uświetnił koncert orkiestry wojskowej.

Poniżej publikujemy treść zwycięskiego opowiadania pt. „Dłonie” autorstwa szer. pchor. Urszuli Gast.

 

Dłonie

                ...Ich było tylko siedmiu

mieli za broń zniszczone pracą ręce

górniczy drelich, wiarę w Boga,

nic więcej...

 

Przemysław Gintrowski

                Dłonie, zabrudzone piachem i glebą. Nie mogę opanować ich drżenia. Odkładam karabin, opierając go o ścianę ziemi. Skończyliśmy okopywać nasze stanowisko, druga drużyna nadal pracuje w pocie czoła kilkadziesiąt metrów dalej. Trafił im się grunt twardy, opleciony ze wszech stron przez sosnowe korzenie. Dwóch naszych chłopców zdjęło hełmy i usiadło na nich, kryjąc się przed zimnem. Szymek wyciągnął paczkę papierosów i chwycił jednego z nich zębami.

                Słyszę dźwięk główki zapałki rozpalającej się po potarciu o draskę. Słyszę oddalone o wiele kilometrów wystrzały z moździerzy – tak odległe, że brzmiące niczym nieregularne uderzenia pałki w jakiś egzotyczny bęben. Na razie mamy spokój, ale nikt nie wie, ile to potrwa. Niczym wątpliwa cisza przd burzą. Ktoś z drugiej drużyny wymyśla zawzięcie, kląc na czym świat stoi, kiedy to jego łopata po raz kolejny odbija się od zdrewniałego korzenia. Punkt trzydziesty pierwszy regulaminu ogólnego, sukinkoty.

                Zamykam oczy, chłonę zimne powietrze. Ten leśny wiatr przypomina mi słoną, nadmorską bryzę mojego rodzinnego Koszalina. Okopaliśmy się dość dokładnie, frontem do ściany lasu. Czarna kurtyna, nieprzenikniona, a nad nią tylko czerwone łuną niebo. Ani jednej gwiazdy. Teoretycznie powinniśmy teraz prowadzić obserwację, ale zorientowaliśmy się już, jak to
się kończy – wypaleniem całej paczki papierosów w przeciągu niecałych dwóch godzin. Im dłużej wpatrujesz się w tę cholerną ścianę lasu, tym bardziej zaczynasz powątpiewać we własne zmysły i poczytalność. Bo z jednej strony, nic tam nie ma, i rodzi się w człowieku wewnętrzny konflikt – tak bardzo chce, by ten chwilowy spokój nadal trwał, a z drugiej strony, ta cisza przed burzą,
to nieokreślone oczekiwanie na cokolwiek, powoli doprowadza nas wszystkich do szaleństwa. Kończy się na tym, że zaczynamy powoli majaczyć, histeryzować – czy za tamtym krzakiem coś się nie poruszyło? Poruszyło się, jestem pewien. Brak widoczności nadrabiamy pracującą aż nazbyt dobrze wyobraźnią.

                - No i po co nam to było, Zdzichu? - pyta Marek, również odpalając swojego papierosa. Odłożył karabin, zabezpieczony i bez magazynka, w tak zwanej gotowości. Choć nie wiem, ile byłoby z tej gotowości, gdyby zza leśnej kurtyny rzeczywiście rzucił się na nas wróg.

                - Nie psiocz. Przynajmniej dali nam fajki. Chyba tylko po to, żeby mieć z nas stałych klientów, jak to wszystko się wreszcie skończy.

                - Żarcie do dupy, ciągle tylko te panzerwafle. Już mam całe dziąsła przeorane tym cholernym kminkiem. Jak wrócimy, dentysta wygra w totolotka.

                - I onkolog. - dodaję, widząc, że z dzisiejszej otwartej paczki zostały mu może dwa papierosy.

                - Po co nam to było? Do dupy z tym. Zaciągnij się, mówili, będzie fajnie, mówili.
Hej, bagnety na broń i za Ojczyznę.

                - Jakoś nie myślałeś o tym, jak na przepustki do Madzi jeździłeś, co? - mruknął Szymek, drapiąc się po włosach. Papierosa trzyma w zębach, żarek na jego końcu oświetla jego twarz od dołu jak w horrorze. - Jak ci było ciepło w tyłek, micha podstawiona, żołd wysłany, żyć
nie umierać!

                Nie przepadam za Szymonem, a jeszcze bardziej nie lubię niepotrzebnego patosu. Ale w tej sytuacji nie jestem w stanie się z nim nie zgodzić. Mało który z chłopców potrafi szczerze przyznać, dlaczego tutaj tak naprawdę jest. Większość ukrywa się za tym znienawidzonym przeze mnie patosem, wytartymi frazesami. Naprawdę nie chcemy tu być, ale każdy z nas gdzieś podświadomie wiedział, że to może się tak skończyć – wcześniej, czy później. Wypieraliśmy z siebie, że sielanka nie może trwać wiecznie, wmawialiśmy sobie, że przecież takich młodych, obiecujących chłopaczków na front nie wyślą. A tu, niespodzianka! I oto jesteśmy.

                Ja sam nie wiem, dlaczego tak się to właśnie poukładało. Być może jest to efekt wpajanych mi od dzieciństwa wartości. Wychowałem się na bohaterskich historiach z wojska opowiadanych mi przez dziadka, słuchałem godzinami opowieści o powstaniu warszawskim. Chłonąłem to jak gąbka, z chłopakami nieraz ganialiśmy się po podwórku z karabinami z patyków, udając wojnę. Granaty z szyszek i okopy w piaskownicy. Potem szło się dalej – noce w lesie, obozy harcerskie, i jakoś to było. W którymś momencie człowiek postanawia, że skoro powiedział A, to wypadałoby też powiedzieć resztę tego cholernego alfabetu.

                Nadal nie jestem w stanie opanować drżenia rąk. Obiecałem sobie, że tej nocy nie zapalę. Nie jestem do końca pewny, co się dzieje. Znów ten wewnętrzny konflikt, kiedy tak siedzisz
i patrzysz w tę ścianę lasu od kilku dobrych godzin, a w twojej głowie rozbrzmiewa tylko – uciekaj! Już swoje zrobiłeś. Uciekaj! Leć, do Mai, do dzieci, ona oczy sobie wypłakuje i tęskni, syn pół roku ojca  nie widział. A my tu zaciskamy zęby i czekamy, aż przeminie kolejny dzień, kolejny poranek, południe, popołudnie, wieczór, noc, być może nawet komuś uda się zasnąć. Zderzyliśmy się z rzeczywistością – żadni z nas komandosi. Niewiele mamy sobą do zaoferowania temu konfliktowi, oprócz gapienia się w ścianę lasu i rycia w ziemi kolejnych okopów.

                Janek przysypia, siedząc na hełmie, oparty o lufę karabinu. Ja sam, mimowolnie, opuszczam głowę. Ciężko jest zachować przytomność umysłu... A jednak rodzą się w nim myśli, których sam nie jestem w stanie zrozumieć. Spoglądam z powątpiewaniem na swoje ręce.

                - Kop, Ździchu, kop szybciej, to może nas tu nie wystrzelają jak kaczki!

                Kopałem, jakby od tego miało zależeć moje życie. Dłonie, przeżarte już brudem na wskroś. Żałoba za płytkami paznokci, małe ekosystemy dookoła opuszków palców. Ziemia, gleba, piach,
i jeszcze więcej brudu... Ale dlaczego w tym właśnie momencie, zrobiło mi się jakoś tak ciepło na sercu? Jestem w środku konfliktu, mogę zginąć w każdej chwili, dookoła tylko brud i zimno, ale ja nie widzę dłoni umęczonych pracą w okopie, nie, widzę ziemię mojego rodzinnego ogrodu, obok łopatki saperskiej widzę też grabie i wiaderko nawozu. Obok drewniana skrzynka sadzonek pomidorów. Jest ciepły, wiosenny dzień, a Maja przynosi mi do ogrodu herbaty w arkorokowym kubku. Koło żywopłotu biega Maciek, mój syn, ma teraz osiem latek... Kopie piłkę, bawi się z psem. Maja kuca przy mnie, przypatrując się grządkom. Oboje nie mieliśmy pojęcia o uprawie ogrodu. Ale chcieliśmy rozpocząć coś własnego, prawdziwy dom, prawdziwą rodzinę. Chcieliśmy, by nasz syn mógł cieszyć się zdrowym pomidorkiem z własnego ogrodu, a nie zagranicznymi owocami, szpikowanymi chemią przed wielogodzinnym transportem. To może głupie, idiotyczne, ale czuliśmy się, jakby razem z tym ogrodem ktoś dal nam nowe życie...

                Piję herbatę, zostawiam brudne ślady palców na kubku. Maja macha na to ręką, całując mnie w policzek. Zapach gleby, ziemisty i nieco gnilny, ale w jakiś sposób orzeźwiający i przyjemny dla nas, bo to, co z tej ziemi wyrośnie, będzie nasze. To tylko mamy, o co sami zadbamy, Majka zawsze tak mówiła, a ja sadziłem dla niej te pomidory, chociaż miałem wtedy tyle innych, ciekawszych zajęć.

                - Po prostu chciałam, żeby to było nasze, Zdzisiu... Nasza ziemia, nasz ogródek. Może
w przyszłym roku posadzimy też sałatę?

                A ja klęczałem i kopałem, choć nie okop, a małe dołki, ale praca taka sama i brud taki sam. Tak samo brudne dłonie, te same czarne paznokcie.

                Pokochałem to dzięki niej. Pokochałem zapach ziemi. Brud nie był już czymś, czego należało się wystrzegać, moje spracowane ręce były ceną, którą chętnie zapłaciłem – pierwszy zbiór pomidorów w lipcu, ich soczysty, słodki smak, a także szczery uśmiech na twarzy mojego dziecka
i żony – to naprawdę nie była wysoka cena...

                - Jasna cholera! - usłyszałem krzyk z sąsiedniego okopu. Nie podłączyliśmy jeszcze łączności... zaniepokoiłem się.

                Poniekąd bezmyślnie narzuciłem hełm na głowę i ruszyłem zakosami, zgięty wpół,
te kilkadziesiąt metrów dalej. Broń dyndała mi między nogami i na pewno nie przedstawiałem obrazkowego przykładu tego, jak powinien wyglądać wzorowy żołnierz. Paweł z drugiej drużyny zwijał się z bólu. Próbując przeciąć kolejny korzeń, rozciął sobie dłoń saperką.

                Krew lała się strumieniem. Szybko wyciągnęliśmy jego mały pakiet medyczny
z zawiniętego w kącie okopu worka. Nie wydawał się być pierwszej świeżości, nie mogłem się wręcz oprzeć wrażeniu, że bandaż był chyba już kilkakrotnie używany, więc użyczyłem mu swojego własnego. Oczyściliśmy ranę wodą i odrobiną spirytusu medycznego, który miałem przy sobie. Początkowe krzyki zmieniły się w irytujące posykiwanie, kiedy doprowadziliśmy rękę Pawła do względnego porządku. Wszystko wskazuje na to, że przez najbliższe parę tygodni chłopina sobie nie postrzela. Łopata wbiła się głęboko, uszkadzając częściowo mięśnie. Spekulowaliśmy, czy nie wedrze się zakażenie. Postanowiliśmy, że następnego dnia jeden z nas uda się na tyły, być może odeskortuje Pawła na kilka godzin do szpitala polowego. Może go tam zeszyją i doprowadzą do ładu...

                - Dobrze jest, Zdzichu, taki wypadek przy pracy to nie wypadek.

                Ale mimo że widok był paskudny, wizja krwi w jakiś chory sposób hipnotyzowała mnie.  Poderwałem głowę, słysząc głos, nie wiem, czy to ktoś szepnął mi to do ucha, czy głos ten rozbrzmiał tyko w mojej głowie. Bo nagle zobaczyłem moje własne ręce z identyczną raną, a przed oczami zatroskaną twarz mojego ojca. Drzewo – to, które ojciec posadził własnymi rękami ponad czterdzieści lat temu, które teraz wyrosło na silną i potężną jabłoń, i powoli wznoszącą się na niej konstrukcję niewielkiego domku na drzewie. Maciek, trzymający w rączkach młotek i gwoździe, przyglądał się z fascynacją rosnącej budowli, a teraz, z nieukrywaną ciekawością, mojej głębokiej na centymetr ranie od małej siekierki, leżącej u moich stóp. Nie krzyczałem. Nie chciałem dawać synowi złego przykładu.         

                - Co tam, młody? Do wesela się zagoi. Przynieś no tacie więcej gwoździ.

                Maja spanikowała. Przyniosła z domu chyba całą apteczkę. Cholera, nawet nie wiedziałem, że ta kobieta trzyma w domu takie rzeczy. Sama opatrzyła mi ranę, nie chciałem jechać do szpitala na szycie. Maciek patrzył na mnie jak na bohatera, i tylko to się dla mnie w tym momencie liczyło. Patrząc na tę rozdziawioną, ośmioletnią buzię, jego rozszerzone oczy pełne podziwu. Przełknąłem cały ból, mimo że bolało jak jasna cholera, i jak tylko zmyłem krew, wróciłem do pracy. Ojciec uśmiechnął się do mnie i poklepał mnie po ramieniu. Widziałem, jak bardzo jest ze mnie dumny.

                Obudziłem się kilka godzin później, nadal w okopie. Zgiełk, jaki zapanował wśród chłopaków, był co najmniej niepokojący. Zza ściany lasu dobiegały hałasy, wysłaliśmy kilku naszych chłopców, by rozeznali się w sytuacji. Wrócili, cali oblani zimnym potem.

                - Jadą na nas. Całą kompanią. Zdzichu, nie mamy czasu. Posiłki mają przyjechać dopiero pojutrze. Cholera, kto wpadł na ten genialny pomysł, żeby nas tu okopać? Nie zdążymy nawet zapór postawić! Staranują nas!

                Po to nam to było, Marek... Ten brud, ta krew, trud i strach... Właśnie za ziemię, której owoce jesz. Za ziemię, na której stoi twój dom. Za ziemię, w której posadzisz drzewo, ale potrzebuje do tego twoich rąk...

                Poczułem, jak ogarnia mnie przerażenie. Nie wiedziałem, co robić, chłopcy tak samo.

                - Będziemy się bronić... może pomyślą, że jest nas więcej niż naprawdę. Może się wycofają? Może tylko prowadzą rozpoznanie?

                - Zdzichu, co ty chrzanisz? Kompanią?!

                Nie zdążyliśmy rozmyślać dalej. Sąsiednie okopy otworzyły ogień, strzelali całymi seriami, na zmianę, w nadziei, że może uda się zniechęcić przeciwnika do natarcia. Może nawet zabiłyby kogoś te zbłąkane kule, mój umysł zaćmiło ogłuszenie od padających zewsząd strzałów. Nagle wycofałem się z przerażeniem, słysząc odgłos czegoś ciężkiego odbijającego się od podłoża. Spojrzałem pod nogi. Granat!

                Nie namyślałem się zbyt długo, podczas kiedy chłopcy patrzyli z przerażeniem, chwyciłem go w dłoń i z całą siłą zamachnąłem się, by odrzucić ten piekielny granat tam, skąd przyszedł. Huk, ból... i nagle wszystko się urwało.

                - Maja, Maja! Czy ja dobrze widzę? Skąd ty... co tu...

                - Cicho, cicho, Zdzisiu, już wszystko w porządku... - szeptała zapłakana, tuląc mnie do piersi. - Już się skończyło, już po wszystkim... Boli ciebie? Zdzisiu, czy ciebie boli?

                Rozejrzałem się zdezorientowany. Sala szpitalna, ale niepodobna do naszego szpitala polowego. Niedaleko krzątająca się pielęgniarka w wykrochmalonym, białym fartuchu. No i Maja...

                - Co się stało? - zapytałem, chwytając przelotne nici kontaktu z rzeczywistością. - Gdzie reszta?

                - Proszę chwilę poczekać. - powiedziała pielęgniarka. - Powiadomię pańskiego dowódcę. Czekaliśmy, aż pan oprzytomnieje. Zabieg na szczęście się udał.

                Zabieg? Jaki zabieg? Wypruło mi bebechy, czy jak? Zszywali mnie? Ledwo jestem w stanie się ruszyć. Chyba dali mi za dużo głupiego jasia. Słodki Jezu, moja głowa...

                - Maja, Majeczka... Słońce ty moje... Przytul mnie, weź mnie za ręce...

                Maja zaniosła się szlochem...

                Miałeś więcej szczęścia niż rozumu. Po tym, co się stało, chłopcy zanieśli cię do szpitala polowego. Składali cię do kupy cały dzień, ale wdała się gangrena. Rąk niestety nie udało nam się uratować. Przewieźli cię do szpitala, amputowali obie dłonie w połowie przedramienia. Ale dobrze się spisałeś. Gdyby nie ty, z całej drużyny nie zostałaby nawet mokra plama. Ten odrzucony granat wybuchnął wrogom dosłownie na twarzach. Poszli w rozsypkę, więc dało nam to trochę więcej czasu.

                A chłopcy? Co z nimi?

                Wycofali się za wzgórza. Zostawili te cholerne okopy. Dowodzenie i wsparcie poszło za nimi, okopali się kilka kilometrów dalej. Tam, z pomocą posiłków, dwa dni później, udało się skutecznie odeprzeć natarcie. Nie wracasz tam już... nie w... twoim obecnym stanie. Dostaniesz rentę. Możesz odpocząć...

                Odpocząć...? Teraz...? Ale moje życie... Moja rodzina... Jak dam sobie radę bez rąk? Będę żyć jak inwalida... Co mi po tej cholernej rencie...

                - Teraz ja będę twoimi rękami. - szepnęła mi do ucha Maja, jakby czytając w moich myślach. - Zrobiłeś wszystko, co mogłeś, by nasza rodzina była szczęśliwa. Nie poddawałeś się, mimo że było ciężko, i nie uciekłeś jak wielu przed tobą.

                Taka była cena ich życia... taka była cena mojego życia... Cóż innego mogłem zrobić?

                Nie miałeś racji, Marek. Na to się pisaliśmy. Ale nie chodzi tu o patos i flagę. Tu chodzi o twoją rodzinę. Twoją ziemię. Twoje drzewo i twoje pomidory. I twoje ręce, które mogą budować lub niszczyć, mogą bronić lub krzywdzić... To nasza decyzja, czy wykorzystamy je w dobrej sprawie...

                - Kochamy cię, Zdzisiu... - szepnęła do mnie Maja, patrząc mi prosto w oczy. - Możesz na nas liczyć, tak jak my zawsze mogliśmy liczyć na ciebie... - otarła jedną zagubioną łzę, która zaplątała się pod jej okiem. - Jesteśmy z ciebie dumni... Mój bohaterze.

                Ujęła moją twarz w dłonie. Oddałem je dla ciebie. Za nasz dom. Za naszego syna, naszą rodzinę, za nasze całe życie. Za chłopców, za wszystko, co ważne. To jest Ojczyzna, prawda?
Więc oddałem je za Ojczyznę.


 

Back to top